Minął rok. Zaczęłam nową pracę, tego chłopaka miałam w znajomych na Facebooku. Pewnego dnia weszłam na jego profil, sprawdzić co u niego. Wtedy nie ogarniałam jeszcze co to są te dziwne afirmacje, manifestacje i prawa założenia. Zerknęłam na jakieś zdjęcie, które wystawił i pomyślałam, że fajnie byłoby jakby się odezwał. No gdzież tam księżniczka pierwsza napisze... I co? I brzdęk wiadomości na messengerze zahuczał niczym alarm nuklearny. On ... Czy go pamiętam i co tam u mnie. No oczywiście, że pamiętam, skoro ostatnio Cię obczajałam. Zaczęliśmy pisać, zwyczajnie, bez jakiegoś polotu.
Zaproponował dzień, w którym akurat miałam fryzjera, więc byliśmy cały czas w kontakcie. Powiedział, że przyjedzie po mnie i wybierzemy się w fajną miejscówkę, którą lubi u mnie w mieście. Mieszkał niedaleko, więc nie dziwi mnie, że ją znał.
Co zrobiłam? Wyszłam szybko z domu i szłam do tego sklepu okrężną drogą, żeby go zmylić. Widziałam samochód przed sklepem na obcych rejestracjach, więc wywnioskowałam, że to on. Sherlock ze mnie świetny ... Zrobiłam szybkie kółko i podeszłam pod auto.
ZDECYDOWANIE NA ŻYWO BYŁ SUPER, czego nie mogłam powiedzieć o sobie. Jak widzę moje zdjęcia z tego okresu czuje lekki cringe.
Zaproponował, że weźmiemy sobie kawę z Maka. Emanował ogromną pewnością siebie, miał w sobie coś, co mnie przyciągało i równocześnie mega onieśmielało. Dużo rozmawialiśmy, a ta rozmowa się o dziwo kleiła.
I teraz bum ... Coś co mnie zszokowało i mega wystraszyło.
Jadąc na miejscówkę, zaczął opowiadać mi o wybrykach ze swoimi kolegami. To był czas Popka i świetnych piosenek Gang Albanii, więc domyślam się, co to były za wybryki, ale to co się stało w trakcie jazdy i jego opowieści mnie mega przeraziło.
Ktoś pomyśli: idiotka... wsiada z obcym typem do auta. No tak, idiotka. Młoda gówniara, która w sumie w dupie była i gówno widziała, wsiada do samochodu z kolesiem poznanym w sieci. Brzmi jak kłopoty.
Na szczęście nic mi się nie stało, ale...
W trakcie tych jego dziwnych opowieści otworzył schowek w samochodzie, a moim oczom ukazała się piękna i lśniąca broń ... TAK! Pistolet, giwera czy jak to tam się nazywa. Może to była gazówka, może na kulki, może psikawka na Śmigus Dyngus. Nie wiem, ale fakt, że przede mną ukazało się narzędzie do mordowania nieco mnie przeraziło i sparaliżowało. A on jak gdyby nigdy nic kontynuował opowieść, co z nią robi jak puszcza sobie Gang Albanii.
Co miałam w głowie? RUN... Ale no co, wyskoczę z pędzącego samochodu? Powiem mu "ej stary, bo zostawiłam żelazko na gazie"? Totalna pustka w głowie, jak przed maturą z matmy.
Okej... dojechaliśmy a ja szybko wyskoczyłam z samochodu i skierowałam swoje kroki w miejsce, gdzie spacerowali ludzie. Nic by mi nie zrobił przy ludziach, chyba że to psychol, który się tym żywi. Ale dobra, poszliśmy na spacer.. Pochodziliśmy, zrobiło się nieco chłodno a on zaproponował, żebyśmy wsiedli do samochodu, bo zmarzłam (chociaż okrył mnie swoją kurtką).
NO ŚWIETNIE! Pomyślałam... Ale co mi tam. Skoro nic mi teraz nie zrobił, może mi nic nie zrobi. Błąd numer dwa. Znowu wsiadłam z obcym (chociaż już nie tak do końca obcym) do auta.
I nie zrobił, bo jak widać piszę ten post.
Odwiózł mnie szczerze, to nie pamiętam nawet gdzie. Chyba pod sklep. Oczywiście poczekałam, aż odjedzie, żeby nie widział, w którą stronę się kieruję... Jeszcze tego brakowało, żeby wiedział, gdzie mieszkam.
Czy się jeszcze spotkaliśmy? Chyba raz albo dwa. Później okazało się, że leciał na dwa fronty i wybrał tę drugą a ja byłam "na wszelki wypadek".
________________________________________________________________________________
Jaki morał z tej historii? Zastanówcie się same. Ja nauczyłam się, że na każde spotkanie jeżdzę już sama. Chociaż zdarzają się wyjątki, ale o tym później.